×

Budapeszt kulinarnie, gdzie zjeść i co kupić

Kuchnia węgierska jest pyszna. Co do tego nie ma dwóch zdań. Dania pełne są aromatu, czuć ogrom papryki oraz innych warzyw, każdy kęs potrafi nasycić prawie do granic możliwości. Desery są słodkie, zaskakujące i naszym, czyli moim i Lucy, zdaniem są genialne. Poniżej kilka adresów w Budapeszcie gdzie można w miarę tanio i smacznie zjeść, oraz podpowiedź co koniecznie spróbować i ewentualnie przywieźć ze sobą z wyprawy (a nasze wspomnienia i plan zwiedzania można znaleźć tutaj-KLIK). 
Tutaj też będzie podpowiedź dla osób z bardziej wymagającą dietą gdzie można zjeść. Podróżowała z nami Ula, która jak zwykle stanowi duże wyzwanie, żeby ją wyżywić-dieta wegetariańska i bez glutenu. Co prawda było łatwiej niż podczas wyjazdu do Belgradu, gdzie Ula akurat miała fazę na post dr Dąbrowskiej, ale i tak nie było lekko. Jednak węgierskie desery są w stanie złamać nawet największego żywieniowego ortodoksa i nawet Ula spróbowała niesamowite naleśniki, czy ciasta.

FRICI PAPA:
(Király u. 55Budapeszt, otwarte w godzinach 11-23)
 To miejsce polecało mi kilka osób oraz w internecie znalazłam wpisy na blogach wychwalających jak tam smacznie i klimatycznie. Fakt, klimat jest, lokal z pewnością ma swój urok. Jednak jest też bardzo tłoczno, trzeba swoje odstać żeby doczekać się na stolik. Menu pozytywnie zaskoczy nas cenami, większość dań głównych nie przekracza 1000 HUF (czyli ok. 12-14zł), jednak już tłumaczenie na angielski składu dań jest dosyć fantazyjne. Trzeba sporo pokombinować, żeby odgadnąć co się zamawia, a obsługa niestety jest na tyle zarobiona, że raczej nie będzie  miała czasu cierpliwie nam wszystkiego tłumaczyć. 
Wegetarianie mogą mieć problem z zamówieniem czegoś. U Uli skończyło się na ziemniakach z jajem sadzonym. Ja i Lucy miałyśmy kurczaka w sosie paprykowym z frytkami, oraz naleśnika z serem i bitą śmietaną. Z napojów trafiłyśmy na ciekawą w smaku wodę z syropem różanym. 
O ile sok różany był pyszny, a naleśnik nas zachwycił, o tyle do kurczaka z frytkami się przyczepię. Sam kurczak był bardzo smaczny, chociaż więcej było sosu niż kawałków mięsa. Ale najgorszym rozczarowaniem były frytki-miękkie, rozciapciane, posklejane...jakieś takie niezachęcające, tyle że Luśka frytki uwielbia. 
Za cały obiad dla naszej trójki zapłaciłyśmy równowartość ok. 30-40 zł, ale w zasadzie wychodziłyśmy stamtąd nie do końca najedzone. Jednak tłum ludzi wygonił nas z tego miejsca. 
Jeśli jesteście mięsożercami i chcecie poczuć klimat Budapesztu jedząc w czymś na kształt ich baru mlecznego to polecam, ale nie bierzcie frytek i zamówcie dodatkowo zupę. Może my jakoś źle trafiłyśmy.
  

KISHARANG ETKEDZE
 (Október 6. u. 17, Budapeszt, otwarte 11:30-21:00)
 Niedaleko Mostu Łańcuchowego po stronie Pesztu można znaleźć malutki lokal Kisharang. W lokalu jest tylko kilka stolików i jeden długi stół ze stołkami barowymi. Menu jest bogate, można trochę pokombinować co byśmy chcieli zjeść. 
Ula tym razem mogła coś wybrać, chociaż nagięła swoje zasady i zjadła glutenowe gnocchi. Miałyśmy zupę pomidorową (w wersji mniejszej ale tak sycącej że aż przeraża jak duża może być duża wersja), gnocchi z sosem pieczarkowym, leczo z jajkiem i naleśniki z serem i śmietaną. Naleśniki były tak pyszne i tak duże, że wszystkie trzy się nimi nasyciłyśmy.  Do picia dostałyśmy najpyszniejszą na świecie lemoniadę z malinami. Duża szklanka tej ambrozji skutecznie ugasiła pragnienie zarówno moje jak i Lucy. Co prawda w lokalu nie ma krzesełek dla dzieci, ale przemiły właściciel przyniósł dla Luśki wielką poduchę, żeby wygodniej jej było siedzieć na dorosłym krześle. 
Porcje są duże, jedzenie pyszne, napoje w słusznych rozmiarach. Zdecydowanie jest to dobry wybór po dniu pełnym łażenia i zwiedzania. Jednak jeśli macie małe dzieci, to może być problem, żeby zmieścić gdzieś między stolikami wózek, lub chociażby przewinąć malucha w mikroskopijnej łazience. 
Za obiad dla naszej trójki zapłaciłyśmy równowartość ok. 70-80zł.

PLATAN ETTEREM
(Városligeti fasor 46-48, Budapeszt, otwarte w godzinach 10:00-23:00)
Niedaleko placu Bohaterów można znaleźć niezbyt urodziwy, parterowy budynek. Znajduje się w nim restauracja gdzie można zjeść pyszną pizzę i obłędne naleśniki z nadzieniem orzechowym. Są też grillowane warzywa, które według Uli były bardzo pyszne. 
W Platan Etterem jest chyba podwójne menu. Część dań wyłożonych jest na podgrzewaczach i idąc z tacą można sobie samodzielnie wszystko nałożyć. Taka wersja jest tańsza. Można też poczekać na kelnera, który rozłoży przed nami obrus i poda kartę. Niestety obsługa chociaż bardzo miła, jest też nieco powolna. Na dania trzeba było sporo czekać. Jednak pizza była wyborna, a naleśniki genialne. Na tyle, genialne, że Ula po raz kolejny porzuciła swoją dietę. 
Jeśli jesteście w okolicy zajrzyjcie tam na obiad. 
Obiad dla naszej trójki kosztował równowartość ok. 70zł


CAT CAFE 
(Révay u. 3, Budapeszt, otwarte 10:00-21:00)
Nasze malutkie miejsce szczęśliwości. Dla Lucy było całe stadko kotów oraz gorąca czekolada z górą bitej śmietany. Ula dostała latte na mleku sojowym i lekki sernik z owocami, a ja pyszną latte z imbirem i przecudnie słodki tort dobosza. 
Na wstępie każdy dostaje instrukcję obsługi, czyli zostaje poproszony o to żeby być w miarę cicho, nie ciągnąć kotów za ogon i nie przeszkadzać im w drzemkach. Koty mogą chodzić wszędzie, pełno jest tu drapaków, półek, legowisk i zakamarków gdzie się mogą schować. Są przyjazne, bardzo puchate i rozkoszne. 
Ciasta są pyszne, napoje aromatyczne. Idealne miejsce, żeby przekąsić coś słodkiego, a później ruszyć na podbój np. góry zamkowej. Ceny podobne do warszawskich, czyli za latte około 12-14zł.  

 JARMARK ŚWIĄTECZNY:
Na początku grudnia, kiedy odwiedzałyśmy Budapeszt, całe miasto szykowało się już na święta. Wiele ulic pięknie rozświetlały wieczorami świetlne iluminacje, a podczas zwiedzania natykałyśmy się co i rusz na budki i jarmarki. Szczególną uwagę przykuwały stoiska z pięknymi czekoladkami czy marcepanami. Były również miejsca gdzie można było się napić grzanego wina, spróbować zupy gulaszowej lub langosza (cały czas pluję sobie w brodę że jednak nie spróbowałam tego smakołyku ale jego wielkość mnie przerażała). Pełno też było straganów z rękodziełem, pamiątkami czy ciepłymi rękawiczkami.Były też stoiska z rożnem i grillem gdzie można było kupić moje kulinarne odkrycie tej wyprawy.
 
 CIASTO KOMINOWE-Kürtőskalács (Kurtosz)
(Na zdjęciu widać budkę przy pl. Oktogon)
Kulinarne odkrycie stulecia jak dla mnie. Ciasto kominowe, którego węgierskiej nazwy nie jestem w stanie zapamiętać, dlatego ją sobie zapisałam na karteczce. Ciasto drożdżowe owinięte na drewnianym rożnie i pieczone na grillu. Przypomina nieco w przygotowaniu naszego sękacza, ale wymaga zdecydowanie mniej cierpliwości.
Można kupić wersję podstawową, waniliową, lub z pysznymi dodatkami jak np. kokos, czekolada, cynamon. Tuż po zdjęciu z rożna pachnie oszałamiająco. Moje dziecko lekko oszalało na punkcie tego ciasta i przez kilka dni było to jej podstawowe pożywienie.
Na jarmarkach można było znaleźć wersję wyjściową, bardzo dużą-kosztowała z tego co pamiętam 1200HUF. Podczas spacerów natknęłam się na kilka budek gdzie można kupić mniejszą wersję takiego ciasta, idealną na przekąskę, ale również na spróbowanie kilku wersji. Małe ciasto z budki to koszt 320HUF.

Do tej pory żałuję że nie spróbowałam langosza, czyli placka z ciasta drożdżowego smażonego w głębokim tłuszczu. Podawane są z dodatkiem sera i kwaśnej śmietany. Jednak nieco odstraszyła mnie ich wielkość, oraz to że zazwyczaj na budki z nimi natykałyśmy się gdy byłam najedzona. To znaczy, że koniecznie muszę wrócić na Węgry niedługo.

Codzienne zakupy spokojnie można zrobić w marketach. Ceny są podobne do polskich. Podobnie też do naszych sklepów, tuż obok kas umieszczone są słodycze i kinder jaja. Ponieważ Lucy ma akurat ogromną fazę na czekoladowe jajeczka to pierwszego dnia zrobiła awanturę na pół sklepu gdy nie chciałam jej kupić ulubionego przysmaku. Na szczęście wykład o dobrym wychowaniu dzieci kasjerka przeprowadzała po węgiersku, więc nie bardzo musiałam brać sobie do serca jej słowa.


Podczas wyjazdu na Węgry uważajcie. Łatwo można przybrać tu i ówdzie gdy się człowiek nieco zapomni podczas jedzenia pysznego ciasta kominowego lub naleśników z orzechami.

 

6 komentarzy:

  1. No proszę, ostatnio na blogu opisywałam mojego top 7 miejscówek z jedzeniem w Budapeszcie, ale żadna z nich nie znalazła się na Twojej liście :) Jak to dobrze wciąż odkrywać coś nowego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tylko dowodzi, że Budapeszt to bardzo smaczne miasto. I jest idealne na kulinarną wyprawę :)

      Usuń
  2. Podróże kulinarne to bardzo fajna sprawa. Polacy niestety uwielbiają jeździć z walizkami wypchanymi własną wałówka albo odpychać się tanimi marketami. Naiwniacy nie wiedzą co tracą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że teraz to się już jednak trochę zmienia. Coraz więcej osób chce spróbować czegoś nowego. Zresztą sama pamiętam swoją pierwszą podróż do Włoch i wydziwianie że ich pizza jakaś taka dziwna i cienka, robaków (czyt. Krewetek i ośmiornic) w życiu do paszczy nie wezmę, a ten ser co mi dali do jedzenia to bez smaku i jak gąbka (mozzarella). Człowiek dorasta i trochę mądrzeje na szczęście.
      Chociaż na wyprawę do Norwegii faktycznie mialam cały plecak wyładowany żarciem i tzw suchym prowiantem :)

      Usuń
  3. Też uwielbiamy kuchnię węgierską :) same pyszności tu u Ciebie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niby kuchnia węgierska nie jest tak rozpoznawalna i poza gulaszem i leczo niewiele osób potrafi coś więcej o niej powiedzieć, ale jak już ktoś sprobuje to wsiąknie. Ja czuję niedosyt i koniecznie chcę tam wrócić w tym roku :) a na pyszności zapraszam jak najczęściej

      Usuń

Copyright © 2016 Kuchnia Pysznościowa- blog kulinarny , Blogger