×

264. Croissanty z marcepanem prosto ze Szwajcarii i lektura do porannej kawy

Dawo nie było na blogu nic słodkiego, więc od razu z grubej rury jest uderzenie. Ci co się odchudzają, albo jakoś wybitnie o płaski brzuch dbają, w ogóle nie powinni patrzeć na te rogaliki. No bo czai się w nich pewnie cała armia małych, wrednych kalorii. Żeby nie było, też się nieustająco odchudzam, tylko nie zawsze o tym pamiętam. Dlatego też proponuję te croissanty do porannej kawy, bo przecież śniadanie może być ciut większe. W końcu człowiek potrzebuje źródła energii na cały pracowity dzień. Tak to sobie tłumaczę przynajmniej:)
A prawda jest taka, że takie rogaliki z migdałami jadłam w Szwajcarii i z miejsca się w nich zakochałam. Dlatego przy pierwszej okazji po powrocie, podreptałam pod Halę Mirowską, zakupiłam zapas migdałów, ukręciłam marcepan i upiekłam te pyszności. Zajeło mi to parę chwil (no może poza tym kręceniem marcepanu, ale leniwce mogą użyć gotowca). W towarzystwie mocnej, kawy są najlepsze i do tego jeszcze jakaś smakowita lektura i świat jest piękniejszy. 

CROISSANTY Z MARCEPANEM:
 -opakowanie ciasta francuskiego
-ok.200g marcepanu*

Ciasto francuskie, rozwinąć i pokroić na niewielkie trójkąty. Na każdym trójkącie u podstawy nałożyć łyżeczkę marcepanu. Zwinąć rogalik i ułożyć go na przygotowanej blaszce. Zostawić całkiem duże odległości między poszczególnymi croissantami, bo sporo urosną (można też każdego rogalika posmarować rozmąconym jajkiem). Blaszkę z rogalikami włożyć do piekarnika rozgrzanego do 220st, na około 10-15 minut, aż się zarumienią.

MARCEPAN:
-200g migdałów bez skórki
-łyżka zimnej wody
-4-5 łyżek cukru pudru
-dosyć duży chlust likieru amaretto lub trochę esencji migdałowej

Migdały zmiksować (lub utrzeć w moździerzu) na gładką masę. Dodać do nich wodę, cukier puder i likier i wyrabiać na gładką, elastyczną masę.
Marcepan jest dosyć prosty w zrobieniu, jednak przy robieniu ciasta francuskiego nie jestem już taka ambitna i wybieram gotowca ze sklepu:)

SMACZNEGO!


Z lektur do kawy polecam "Podróż na sto stóp" Richarda Morais. Przyznaję bez bicia, że książka ta przeleżała u mnie na półce chyba 2 albo 3 miesiące zanim po nią sięgnęłam. Zmobilizowałam się kiedy film na jej podstawie wszedł do kin, bo zdecydownie wolę najpierw przeczytać książkę, a dopiero po tym zobaczyć ekranizację. 
Autor w książcę bardzo obrazowo opisuje zwyczaje i kuchnię rodem z Indii w zestawieniu z wyrafinowaną kuchnią francuską. Nie powiem, czytając ją parę razy zrobiłam się naprawdę głodna, a do tego silnie ekscytowałam się całą fabułą, biednym Hassanem i jego kobietami, oraz jego ojcem (podejrzanie przypominającym mi czasem tatę Lesia) . Jednym słowem polecam, chociaż nie powiem, końcówka lekko mnie rozczarowała bo jakaś taka rozmemłana była.
Jak już przeczytacie książkę to zapraszam do kina. Chociaż film znacznie różni się od książki, jest zdecydownie bardziej cukierkowy i pozbawionych co bardziej drastycznych momentów, a do tego wątek romantyczny jest tu strasznie rozbuchany, też go polecam. Przyjemnie się go ogląda, akcja płynie wartko, a do tego są przepiękne zdjęcia z Alp (oglądałam go dzień po powrocie ze Szwajcarii, to mogę być mało obiektywna). Trochę za mało było w nim jedzenia, ale i tak mi poprawił humor.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Kuchnia Pysznościowa- blog kulinarny , Blogger