×

W krainie Żubra, bimbru i salonów sukien ślubnych

Dworzec PKP, z połowy XIX wieku.
Po mojej mamie Krystynce odziedziczyłam nie tylko zamiłowanie do słodkości, ale też gen szwendacza. A szwendać się lubię nie tylko po dalekim świecie, ale po tym całkiem bliskim również. Ostatni weekend upłynąl mi na jednej z podróży pod hasłem "swego nie znacie", bo trafiłam do Białystoku (dziękuję pradawnym bogom za promocje różne i bilet za 1zł na autobus relacji Warszawa-Białystok). 
Do tej pory w zasadzie, wstyd przynać, ale wiedziałam o tym mieście głównie tyle że jest. I tyle. Może jeszcze mogłabym dorzucić szkolną wiedzę o tym, że to stolica Podlasia, oraz wiedzę z wesela brata, że niedaleko mieszka wujek Jurek (który zacne rzeczy do picia robi). 


Teraz już wiedzę lekko uzupełniłam. Miasto mnie urzekło ogromną ilością zieleni, piękną architekturą, widoczną co krok obecnością wielu kultur i wyznań, oraz przede wszystkim smaczną kuchnią. Oprócz tego jeszcze jedna rzecz wprawiła mnie w zachwyt....ogromna ilość księgarni z tanią książką i salonów sukien ślubnych. O ile dzięki księgarniom wróciłam z tej wyprawy z kilkoma ciekawymi pozycjami do mojej biblioteki to sukni ślubnej nie zamierzałam nabyć, ale mogłam się do woli napawać wszelkimi wymyślnymi krojami i dodatkami. Blask bieli się rozchodził na wszystkie strony :)

Kamienica Ginzburga-podobno był w niej największy burdel w międzywojennym Białymstoku  (pierwotnie chciałam na zdjęciu głównie chmury uwiecznić, dopiero później doczytałam w przewodniku jakie ważne miejsce uwieczniłam przy okazji)

Atlas dźwigający globus-ponoć globus raz spadł...gdy naukę na Uniwersytecie Medycznym ukończyła dziewica.
Cerkiew pod wezwaniem św. Ducha-największa w Polsce
Kraina szczęśliwości, czyli kolejny sklep pełen diamencików, falbanek, tiulów i w ogóle róznych cudności

Jednym z głównych celów naszej podróży miało być zwiedzanie Białostockiego Muzeum Wsi, wraz z wystawą nt. bimbrownictwa. Wszystkie portale turystyczne i przewodniki zachwalają je jako jedną z głównych atrakcji regionu, gorzej że sami mieszkańcy miasta chyba mało o nim wiedzą, bo pytani o drogę bezradnie rozkładają ręce. Samo muzeum nie jest też dobrze oznaczone i chwilę nam zajęło zanim odnalazłyśmy wejście do obiektu. Jednak wszelkie negatywne wrażenia zatarł przemiły pan sprzedający bilety, który polecił nam zakup biletu spacerowego (3zł) a nie wystawowego (12zł) i jeszcze użyczył swojego osobistego przewodnika oraz doradził gdzie można dobrze zjeść po zakończonym zwiedzaniu. 
Samo muzeum to 27 ha obszer, gdzie oprócz "Leśnej bimbrowni" znajdują się też chaty, dworek, kapliczki, pasieki przeniesione z podlaskich wsi. Jest też hodowla kur ozdobnych, oraz woliera z sokołami i staw (w którym krnąbrnie łamiąc zakaz kąpieli chłodziłam się mocząc nogi).


Leśna bimbrownia...produkcja może tu iść na dużą skalę :)
Wszystkie sprzęty z tego zakątka to autentyki zarekwirowane przez policję.


Oczywiście ta wyprawa byłaby niepełna bez degustacji kuchni regionalnej. Nie tak łatwo znaleźć miejsce gdzie karmią regionalnymi potrawami, bo nawet jeśli według opisu restauracji takie dania są serowane to już przy zgłebianiu menu widzi się głównie tuszki z kalmara i sałatkę nicejską. No kurde, może moja wiedza kulinarna jest niepełna, ale chyba kalmarów to tradycyjnie na Podlasiu się nie jadało. Jest nawet stworzony Białostocki Szlak Kulinarny, naiwnie myślałam, że to szlak gdzie głównie miejscowe dania można skosztować. A tu wtopa...głównie sushi. 
Udało nam się znaleźć jednak miejsce całkiem przyjemne, na rynku, z zaznaczonymi w karcie daniami regionalnymi, z bardzo przystępnymi cenami-Cafe Esperanto, Rynek Kościuszki 10, Białystok.
Jadłyśmy tam dwa razy. Smakowało nam bardzo, chociaż zostało jeszcze parę dań do wypróbowania więc pewnie jeszcze do Białegostoku i do Cafe Esperanto powrócimy. 
Wśród dań, które jadłyśmy była babka ziemniaczana z sosem grzybowym (to akurat chyba  najmniej mnie zachwyciło, pewnie ja bym dała więcej przypraw), śledź z pieczonym ziemniakiem i sosem ziołowym (jak nie lubię śledzi to ten  mi bardzo smakował), kartacze z mięsem (pyyycha!) i pierogi z mięsem (bardzo dobre-jak oni to zrobili że to mięsko takie wilgolne). 
Największym naszym odkryciem kulinarnym była buza. Buza jest to napój, który samym swoim opisem lekko zniechęca do spróbowania (sfermentowana kasza jaglana-bleeeee), ale jak się człowiek przełamie i spróbuje to jest zachwycony. Orzeźwiający napój z rodzynkami, idealny na upały. Tradycyjnie podawany z chałwą, ale chyba wolimy wersję bez. Gdyby ktoś był w Białymstoku polecam gorąco spróbowanie tego cuda (3zł lub wersja z chałwą za 6zł). Pyszności.

Jedyną rzeczą, która bardzo mnie wkurzyła w tym lokalu, to możliwość palenia. Był upał, więc siadłyśmy w ogródku, chroniąc się w cieniu parasoli. Pech chciał, że jakieś dwie starsze panie usiadły zaraz przy stoliku obok i zaczęły kopcić jak smoki. Nie znoszę palenia, nie jestem w stanie jeść czując się jak w popielniczce. Pospiesznie zmieniałyśmy miejsce, niestety obsługa nie pomogła nam w przenoszeniu całego majdanu z talerzami i szklankami, a na uwagę, że przez to mogą stracić klientów kelner tylko wzruszył ramionami. No cóż kuchnia dobra, ale chyba bardziej im zależy na klientach wpadających tylko na piwo i frytki...niestety dostałam info, że lokal nie chce nic robić w kwestii palaczy. Zostaje tylko liczyć na odrobinę szczęścia, że gdy przyjdzie się na obiad nie siądą gdzieś obok dymiące smoki.
Babka ziemniaczana z sosem grzybowym, śledź z pieczonym ziemniakiem i sosem ziołowym i wyrób z lokalnego browaru oczywiście
Kartacze
Pierogi
Buza po macedońsku (z chałwą)-przyznaję jej medal za odkrycie kulirne roku :)

A na koniec tylko fotografie wynikacjące z mojego zachwytu na specami od reklamy i wymyślania chwytnych haseł...zarówno w reklamie komercyjnej jak i społecznej :)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2016 Kuchnia Pysznościowa- blog kulinarny , Blogger