×

W alpejskiej krainie pełnej serów śmierdziuchów i czekolady

Ostatnie kilka dni chyba dostaną nagrodę za bycie jak "cud-miód i orzeszki". Wszystko dzięki temu, że w końcu, po długich oczekiwaniach wsiadłam w samolot i poleciałam do Misia, do Genewy (do tej pory dziękuję wszystkim pradawnym bogom za promocję LOT-u). 
Ten wyjazd z założenia nie miał być jakiś bardzo turystyczny. Wiadomo było, że raczej nie pobijemy rekordu w ilości odwiedzanych kościołów, czy przebytych tras po wysokich górach. W zasadzie głównie chodziło o to, żeby wreszcie się sobą nacieszyć, a jakieś atrakcje to tak całkiem przy okazji mogły się trafić. Chociaż jak zwykle byłam przygotowana jak Hitler do wojny, czyli przeczytałam tonę przewodników i masę relacji, żeby wiedzieć co w razie czego warto odwiedzić.
Z misiowych ramion udało mi co nieco zobaczyć. Głównie urokliwe Divonne-Les-Bains (ok. 20km od Genewy-tuż przy granicy), czyli francuskie miasteczko, w którym mój luby od jakiegoś czasu mieszka. W miasteczku tym czas płynie jakby wolniej trochę i niebo jakby bardziej niebieskie jest. Gdzie się człowiek nie obróci tam góry widać. Jak się robi za gorąco to można pójść na plażę miejską nad jeziorem, albo na basen. Jak ma się za dużo energii to można wypożyczyć rower (8 EUR/24h), pojeździć konno, albo pograć w bule z miejscowymi staruszkami. Centrum pełne jest małych kawiarni, knajpek i cukierni, nawet swoje food-trucki mają. Divonne nie jest duże, ale nawet tutaj można się zgubić pośród małych uliczek (tak ja jestem zdolna i gubię się wszędzie). Każde takie zagubienie skutkuje odnalezieniem kolejnej szemrzącej fontanny (są tutaj chyba na każdym rogu i każda inna) lub mostka przechodzącego ponad rzeką (La Divonne Ou Versoix), która się tu wije zygzakiem przez całe miasto.
Kraina szczęśliwości, czyli sklep gdzie można kupić wszystko...absolutnie WSZYSTKO co sobie wymarzymy ze sprzętów kuchennych.

Genewa jest zdecydowanie mniej urokliwa niż francuskie Divonne, ale też ma pewne fragmenty, które bardzo polubiłam. Przede wszystkim fontanna na jeziorze....o mamo moja! Jaka ona wielgachna. Z wielu punktów w mieście ją widać, bo wyrzuca z siebie wodę na wysokość ok. 140m. Całkiem konkretna fontanna z niej. 
Genewa nie jet bardzo dużym miastem (przynajmniej tak mi się wydaje). Większość głównych atrakcji turystycznych można zwiedzić na piechotę, bo mieszczą się w obrębie centrum. Z lotniska do centrum jest łatwy dojazd autobusami (bilet kosztuje 3,5CHF) lub kolejką (bilet jest podobno za 5CHF-ale nie jechałam i nie sprawdziłam, jakby co to stacja się nazywa Palexpo). Bilety na autobus można kupić na każdym przystanku w automacie, ale trzeba mieć monety ze sobą. 
Z innych przydatnych informacji to w centrum jest miejskie wi-fi za darmo (szczególnie silny zasięg jest nad rzeką Rodan). Na lotnisku jest przechowalnia bagażów gdzie w zależności od wielkości zostawianego bagażu zapłacimy od 6 do 12 CHF-to jest wersja z automatycznymi szafkami. Jest też przechowalnia z żywym panem, gdzie chyba można płacić w euro, ale jest droższa. Jednak tuż obok przechowalni jest informacja turystyczna (wyglądda trochę jak barak z dykty), gdzie można również kupić wszelkie bilety komunikacyjne, przewodniki, oraz można wymienić pieniądze. Informacja jest czynna od 7:30.
Nie zapałałam wielką miłością do Genewy, ale może to dlatego, że czasie jej zwiedzania padał cały czas deszcz (jedyna zła pogoda podczas tego wyjazdu) i źle mi się kojarzy bo po zwiedzaniu, musiałam się zapakować w samolot i zostawić mojego mężczyznę. 
Mój ulubiony element genewskiego krajobrazu, czyli fontanna na jeziorze.
Zegar kwiatowy-jedne z punktów obowiązkowych zwiedzania.
Super! Tutaj też widać moją ulubioną fontannę.




Centrum Genewy pełne jest "trochę baśniowych budynków z wieżyczkami i zdobieniami...poza centrum to trochę inaczej wygląda.


Szachy (były też warcaby) w parku na tyłach Uniwersytetu
Uroczy jegomość
W zasadzie po dość długiej chwili uświadomiłam sobie, że te "dymy" to chmury są.
Z jednej strony Genewa jest piękna, a z drugiej przerażająca jak się patrzy na ich arsenał do walki ze szkodnikami...i ten biedny ptaszor pośród krwiożerczych szczurów.



Jedną z rzeczy, która mi zajmowała najwięcej czasu na tym wyjeździe było oczywiście jedzenie. Kupowanie jedzenia (to zajmuje całkiem sporo czasu jak się nie zna francuskiego ani trochę), robienie jedzenia, myślenie o jedzeniu. We Francji oprócz tego, że spróbowałam całej gamy różnych serów (śmierdziuchów pleśniowych najprzeróżniejszych oraz kozich pysznościowych), pochłonęłam hektolitry kawy i masę croissantów, to jeszcze spróbowałam choco-mentosów, chipsów z musztardą (wyrób francuski), pomidorów suszonych moczonych w alkoholu (to akurat średnio mi smakowało, ale Miś był zachwycony), kiełbaski-ahmedki (przysmak Miśkosława) i inne dobre wędliny, oraz przede wszystkim góra warzyw we wszystkich kolorach tęczy. 
W Divonne w każdą niedzielę zamykana jest główna ulica, wystawiane są stragany i organizowany jest targ warzywny. Oprócz warzyw można na nim kupić przyprawy, milion rodzajów czosnku, sery, wędliny, słodycze (uroczy był pan tasakiem rąbiący nugaty), oliwki, suszone pomidory, nadziewane papryczki, pieczywo i największe na świecie brioszki (jedna miała średnicę ok.50cm). Z rzeczy niespożywczych na targu tym można dostać tzw. szwarc mydło i powidło, czyli wszystko, jak na naszych odpustach :)
W tle, za oliwkami, widać suszone pomidory, tylko nikt nie mówił że były moczone w alkoholu....paskudztwo :)
Mój mężczyzna na polowaniu....tutaj zdobył dla mnie papryczki nadziewane jakimś ostrym serem (bardzo ostrym).

Dużo różnych różności można było nabyć.

Moje zakupy w Genewie zdecydowanie były mniej ekscytujące. Wiedziałam przede wszystkim, że chcę kupić słynną szwajcarską czekoladę. W centrum sklepy z czekoladą można spotkać praktycznie na każdej ulicy. Poza centrum na pewno duży wybór czekolad jest w centrum handlowym niedaleko lotniska (przy Reute de Meyrin), w sklepie Globus. Czekolada to dość spory wydatek rzędu co najmniej 10-15 CHF za mały kawałek. Z drugiej strony kupno magnesu na lodówkę to koszt co najmniej 6 CHF, a magnesu przecież zjeść nie można :)
Cen zegarków i złota ze szwajcarskich banków tym razem nie sprawdziłam...może uda się przy następnym pobycie.




W naszym pokoju hotelowym mieliśmy do dyspozycji kuchnię z pełnym wyposażeniem. Dlatego też udało nam się zrobić dużo pysznych dań. Ponieważ Miś tęsknił do polskiej kuchni, a ja chciałam jak najwięcej z kuchni francuskiej/szwajcarskiej popróbować wychodziły nam różne ciekawe hybrydy...np. jajecznica ze szczypiorkiem i serem roquefort. Nie przepadam za jajecznicą, ale ta była naprawdę dobra. Polecam!


Na poniższym zdjęciu widać moją "pełnię szczęścia" dlatego też już za chwilę siadam znowu do wyszukiwarek lotów i może uda mi się znów upolować jakąś miłą promocję. Całkiem przyjemny rodzaj hazardu odkryłam i ten dreszczyk emocji, czy uda się utrafić najniższą możliwą cenę.

4 komentarze:

  1. Ile pyszności :)
    A zegar kwiatowy jest też w....Nowym Sączu ;) (przynajmniej był rok temu).
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oooooooooo...w Nowym Sączu to ja byłam ostatni raz chyba z 10 lat temu, albo nawet więcej, to w takim razie się wybiorę kiedyś niedługo....tylko najpierw znowu do Genewy, żeby jeszcze się z Misiem spotkać :)
      ale dziękuję za cynk :)

      Usuń
  2. Cen złota i zegarków nie ma co sprawdzać, strata czasu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dlatego skupiłam się na czekoladzie :)

      Usuń

Copyright © 2016 Kuchnia Pysznościowa- blog kulinarny , Blogger